Na początku

     ...był chaos. A potem wykluło się z niego mnóstwo bytów, które z uporem parły do przodu, przepoczwarzając się i rozmnażając  na potęgę. Jakieś tajemnicze "bum" sprawiło, że wszystko zmieniało się, ewoluowało, rozwijało, ale - niestety - nikt nie mógł tego uwiecznić, bo... nie było wtedy jeszcze fotografii. Wielka szkoda!

 

     Kiedy i ja wreszcie pojawiłem się na świecie - fotografia już była i jak wszystko inne rozwijała się w szalonym tempie. Nie byłem wobec tego faktu obojętny - szybko zafascynowało mnie i uwiodło to, że za pomocą czarnych pudełek i szkiełek oraz zaciemnionej łazienki, tajemniczych naczyń i równie niezwykłych urządzeń można utrwalać rzeczywistość. Fantastyczny ten wynalazek był wprawdzie wówczas (w ledwie rozpoczętej drugiej połowie XX wieku) kosztownym ewenementem, ale szczęśliwie mogłem podziwiać go z bliska, a wkrótce z niego korzystać: w roku 1966 w moje drobne, ośmioletnie rączki trafił aparat Druh Synchro i świat usłyszał ostrzegawcze "pstryk". Niestety - nikt w porę nie zareagował i pstrykałem coraz częściej, uwieczniając podwórkowe krzaki oraz drzewa, usmarkane dzieciaki, trzepak, mamę i tatę, starszego brata (jeśli nie oponował zbyt agresywnie), psa sąsiadów, łąkę za miastem, łódkę nad morzem i co tylko wpadało w zasięg bakelitowego aparatu. Później było już tylko gorzej...

 

     Gorzej, czyli... lepiej! Fotografia stała się dla mnie nie tylko fascynującym hobby (a nawet pasją), ale z czasem także sposobem na życie. Niemal zawsze miałem (i mam!) przy sobie aparat, zawsze fotografowałem i fotografuję coś, co zwraca uwagę, przyciaga wzrok, zaskakuje, fascynuje, inspiruje, albo choćby błyska. Kiedyś doszło wreszcie do tego, że fotografia stała się (po części) moją pracą, ale na szczęście tak już nie jest. Dlaczego na szczęście? Ano dlatego, że nie muszę już robić zdjęć na zamówienie, na wyścigi, pod wymiar, zgodnie z modami i trendami, czy ku pamięci. Robię co chcę i jak chcę: raz tradycyjnie, na filmie, innym razem nowoczesną lustrzanką cyfrową, a jeszcze kiedy indziej kieszonkowym "głuptakiem". Różne tematy, różne perspektywy, różne techniki i narzędzia, różne... różności. Nie rywalizuję, nie inscenizuję, niczego nie udowadniam, nie aspiruję, nie walczę, nie ustawiam i nie wymagam, bo nie chcę i nie muszę! Po prostu - lubię fotografię i robienie zdjęć. Patrzę na świat i fotografuję według własnego "widzi-mi-się". I  mam nadzieję, że przypadnie Wam ono do gustu - serdecznie zapraszam!

 

Wojciech Jerzy Walczuk